Będę grał w grę – „Until Dawn”

Nie jestem zapalonym graczem, właściwie gejmer ze mnie żaden. Mam jedynie historię grania w „Tomb Raider” (tylko grupowo!) i „Heroes of Might and Magic”. Oprócz tego iks lat temu zakupiliśmy PS2 po bardzo okazyjnej cenie, wtedy też kupiliśmy sobie różne gry m.in. „Buzz” i (w wyniku mojego zamiłowania do horrorów) „Silent Hill”. PS 2 była już wtedy przeżytkiem (wchodziła już PS3) – stąd okazyjne ceny konsoli i gier. Jakoś nie szło mi to „Silent Hill”, Michał nie chciał ze mną siedzieć, sama oczywiście bałam się grać ;-), więc PS2 leży i się kurzy. Ale…

Ostatnimi czasy szwagier zareklamował Michałowi kilka gier, pożyczył błyszczącą nową i drogą PS4, no i gramy. Gramy w grę „Until Dawn” – gatunek w sam raz dla mnie: zdecydowanie jest to horror (:D. Akcja gry rozgrywa się w zimowej kanadyjskiej scenerii, dzieją się rzeczy oczywiście straszne. Nie ukrywam, gra bardzo mi się podobała. Tak bardzo, że skłoniło mnie to do napisania tych wynurzeń ;-). Zamieszczam więc tu moje wrażenia z gry (bez spoilerów). Tak po mojemu – bez używania słów typu „grywalność” itp, bo nie wiem co to znaczy :P.

Pierwsza rzecz, która się rzuca w oczy i uszy to bardzo ciekawa czołówka – niepokojące obrazy przeplatane indiańskimi motywami, a w tle świetna piosenka „O Death”. To właśnie piosenka mi się najbardziej spodobała i bardzo szybko zapadła mi w pamięć. Muzycznie jest taka „inna”, indiańskie motywy we współczesnym ujęciu plus fajny tekst. Całość niesamowicie pasuje do klimatu gry. Piosenki można posłuchać tu.

Czołówka gry:

Założenie „Until Dawn” jest takie, że decyzje gracza kształtują fabułę gry. Może się okazać, że mało znacząca z naszej perspektywy decyzja zmieni los wszystkich bohaterów. W grze co jakiś czas pojawia się „efekt motyla” – wtedy gra daje nam sygnał, że nasza decyzja coś zmieniła w historii. Działania gracza są nieodwracalne. Gra toczy się dalej, nie ma sejwu, do którego można wrócić (można ewentualnie zacząć od początku).

Grafika jest bardzo w porządku: piękne scenerie, ludzie właściwie jak żywi (nie na długo :P), wszystko bardzo szczegółowo odtworzone. Grę ogląda się jak film. Czasem nawet nie wiedziałam czy to ja gram, czy to scenka leci! Wrażenie filmowości potęguje fakt, że postacie są grane przez rozpoznawalnych aktorów (np. Hayden Panettiere czy Peter Stormare). Aktorzy nie tylko podkładają głosy, ale również użyczają postaciom swoich wizerunków. Filmowa jest również kamera, i właśnie to w grze najbardziej mnie denerwowało. Niby można się rozglądać (niby…), ale wpływ gracza na to co widzi jest właściwie żaden. Przez to nie zawsze można wszystko dokładnie obejrzeć. A czasem chciałoby się zrobić zbliżenie, popodziwiać te straszności.

Plusem gry są dialogi – dość trafnie przetłumaczone, dostosowane do kontekstu. Teksty są może odrobinę przesadzone, ale ilość przekleństw, tematyka, odzywki – wszystko się zgadza :D. A bohaterami gry są młodzi ludzie (koniec liceum)! Polski dubbing jest również raczej udany. Nie mam porównania z innymi grami, ale np. jest o niebo lepszy niż „Heroes V” – z tym mogę porównać ;-). W polskiej wersji językowej „Until Dawn” można usłyszeć (za filmweb.pl) Maję Bohosiewicz, Aleksandrę Szwed, Martę Wierzbicką i hmmm… Hagrida! I wszyscy wypadli naturalnie i na luzie – momentami może nawet trochę za bardzo na luzie, ale lepsze to niż sztywność niektórych polskich dialogów (np. niektóre postacie w polskich wersjach filmów o Harrym Potterze, brr!). Tu można obejrzeć kulisy nagrywania dialogów do „Until Dawn” i posłuchać zdania aktorek czy tam celebrytek ;-), które podkładały głosy pod bohaterki gry. My zapoznaliśmy się zarówno z polskimi dialogami, jak i z oryginalnymi. Kiedy przechodziliśmy grę pierwszy raz graliśmy z polskim dubbingiem, teraz gramy drugi raz z oryginalnymi dialogami. Obie wersje są fajne, może oryginał wypada nieco naturalniej, ale jest to dla mnie oczywiste, w końcu to oryginał. Antyfani dubbingu mogą sobie od razu włączyć oryginalne dialogi i np. polskie napisy.

Fabuła gry jest poprowadzona jak klasyczny (bardzo klasyczny) horror, historia opowiedziana setki razy: domek w lesie + grupa dzieciaków + coś co ich wybija. Razem daje to bardzo udaną grę. Po pierwsze – lokacje: gra zabiera nas w kilka klimatycznych miejsc z dużym potencjałem straszenia, ale znowu – są to miejsca bardzo wyeksploatowane horrorowo. Druga sprawa – postacie: bardzo typowe, w każdym horrorze można takie spotkać. Film „Dom w głębi lasu” porusza ten temat i kwestię tego w jakiej kolejności giną ;-). W „Until Dawn” mamy dziunię, przystojniaka, kujona, kujonkę, zołzę, pantoflarza i dziwaka, ale bohaterowie nie są zupełnie jednowymiarowi. Każdy ma swój charakter (który wpływa na działania postaci), preferencje i jasne cele. Myślę, że postacie są mocnym plusem tej gry. Są na tyle ciekawe, że wywołują emocje u gracza – lubię tego, nie lubię tamtej – i od razu człowiek bardziej się wczuwa w granie! No i wrogowie – dla mnie całkiem straszni – bez spoilerów.

Podczas gry mierzymy się z kilkoma niewiadomymi. Grając kolekcjonujemy wskazówki, które jedna po drugiej ukazują nam elementy rozwiązania zagadek. Im więcej wskazówek znajdziemy, tym lepiej możemy zrozumieć całą historię i tym pełniejsze zakończenie gry nas czeka.

Gra pokazuje nam klika bardzo przerażających miejsc, każe nam się zmierzyć z kilkoma całkiem strasznymi sytuacjami, ale ekstremalnie straszna nie jest. W mniej strasznych momentach byłam w stanie grać sama, ale im bliżej rozwiązania jesteśmy, tym straszniej się robi. Wtedy już zdecydowanie potrzebowałam wsparcia Michała ;-). W kilku rozdziałach klimat niepokoju jest naprawdę bardzo skutecznie zbudowany. Poza tym w trakcie gry możemy liczyć na kilka niezłych jump scare’ów – rzeczywiście kilka razy aż podskoczyłam!

Gra właściwie nie jest trudna. Największą trudność sprawiły mi tzw. „QTE” (okazuje się: quick time events), czyli sytuacje kiedy trzeba szybko reagować i wciskać te peesowe guziczki – trójkąt, kwadrat, koło. Nie jestem przyzwyczajona do tego systemu, więc kilka razy mocno sknociłam grę krzycząc „kwadrat, kwadrat!!” kiedy wciskałam koło ;-). Trudność sprawiła mi również komenda „nie ruszaj się” – wtedy trzeba trzymać kontroler bez ruchu, a to nie takie proste jak się wydaje. Żeby ukończyć grę nie trzeba się za bardzo wysilać, trwa to ok. 9-10 godzin, czyli właściwie dzień intensywnego grania. OK, idzie się nieco jak po sznurku, ale nie do końca – ze względu na to, że każda nasza decyzja może zmienić przebieg gry, okazuje się, że ten sznurek dzieli się i wije! Za to ukończyć grę ze stuprocentowym wynikiem (znaleźć wszystkie wskazówki, ocalić wszystkich bohaterów) jest nieco trudniej.

Ogromna zaletą „Until Dawn” jest to, że po pierwszym przejściu ma się ochotę przejść grę jeszcze kilka razy i za każdym razem podjąć inne decyzje. Niby tylko gra, i to króciutka,  a jednak można ją przejść kilka razy. I to właśnie teraz uczynię!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *