Ech, Pacon awaits, chciałoby się napisać [sauce].
Niby nic, a tak to się zaczęło, niby nic, zwyczajne pa pa pa...
Pacon.. Tak, tak, na pierwszym paconie rozkwitła nasza znajomość.
Co się dokładnie stało można przeczytać TUTAJ.
PAcon to szczególny konwent. Tyle wspomnień. Czas na rozliczenia, podsumowania.
Ech ech ech. Tyle się zmieniło...
Saturday, February 06 2010
Znowu PAcon
posted @ 02:46 in [ ...})i({... ]
Saturday, February 06 2010
The Kaczors paka
posted @ 02:15 in [ The Kaczors ]
Tak dawno nie pisałam, że aż zapomniałam co pisać... No ale jedziemy.
I
Mama dostała na gwiazdkę perfumy Celine Dion Chic. Bardzo ładnie pachną. Przychodzi mama do mnie, ładnie pachnie. Pytam.
Karina: Co to tak ładnie pachnie?
Mama: Sik Celine Dion.
Noo to nic dziwnego, że perfumy zrobili, jak kobieta taki sik ma...
II
Mama kupiła pomelo.
Mama: Gdzie moje paolo?
Karina: Pomelo.
.
.
Potem:
Mama: Idź kup pamelo?
Karina: ?????? PO-ME-LO.
Mama: Pamelo. Sprawdziłam w internecie. Żegnaj Pamelo.
III
W przedpokoju wisi zdjęcie ślubne rodziców i ostatnio zauważyłam, że na zdjęciu upamiętniającym nasze bliższe zapoznanie się (na pierwszym paconie!) mam dokładnie taką samą minę
![]()
Palantki i Joe
Wiadomo, skóra z ojca ściągnięta.
Mama: No a do kogo byś chciała być podobna? Do Dżordża Kluny????
Ach ten Dżordż Kluna. Musi to jakiś kumpel Morgana Frymana??? ;P
Tuesday, February 02 2010
Po mega długiej przerwie
posted @ 12:46 in [ Karina Show ]
Tak, tak, nie pisałam ze sto lat. Ale tak jakoś wyszło. Tu Święta, tam zaliczenia, sesja, dopiero teraz ferie, to można coś napisać.
Oczywiście rok się skończył… Jakoś wszystko takie zawieszone w próżni było. I w sumie nadal jest. Sylwester… No cóż. Feminka (Parnassus, Sherlock i Vicky Cristina Barcelona), widzieliśmy tylko Parnassusa, trochę jedzona, toaścik i daaaalej. Mało rozrywkowy był filmowy Sylwester. Ale za to potem z zacięciem odkrywaliśmy nowe systemy operacyjne, nowego Windowsa i w ogóle. Choć ja tam klasycznie Linuksa wolę. Darmowe i proste, bezproblemowe i bezbolesne Ubuntu ;-).
Oczywiście miałam całą przerwę świąteczną na napisanie pierwszych 10-11 stron pracy licencjackiej. Aaaale niee, ja poświęciłam na to ostatnie kilka dni i NOCY, ech. Ale przynajmniej stworzyłam te 7 stron, 9 z bibliografią, nie było źle. Pani mnie pochwaliła. Potem była masa zaliczeń, kolosów, projektów, wypracowań, esejów, portfolio i kto wie czego jeszcze. Było kilka takich nocy, że nawet nie poszłam spać. Tylko mam jedno 3,5 na semestr :(. Buu. A poza tym to kilka 5, jedną 4, jedno 4,5. Ale nareszcie już spokój. Już ferie. Pierwszy dzień ferii mi minął na francuskim, małym odspypianku i na sprzątanku. Teraz się zaczął drugi dzień i dzisiaj mam nadzieję już zasiąść do wytężonych prac nad licencjatami.
Mam nadzieję, że teraz da mi się regularniej jakieś wpisiki zapodawać. W planie mam postanowienia noworoczne i plany na rok 2010.
Monday, December 07 2009
Cliffordzie, pora w końcu coś napisać!
posted @ 03:48 in [ Karina Show ]
Pora, więc opiszę cudowne doświadczenie, w którym braliśmy udział z Ewelińszem i z Michałem. Byliśmy maskotkami na imprezie :D.
Ja byłam Cliffordem Wielkim Czerwonym Psem.
![]()
Clifford
Znane w Polsce. Ja nie znałam — nie mam dzieci ;-). Ale jakoś myślałam, że Clifford jest wytworem Brytoli — błędnie umieściłam go w swojej głowie okolicach Teletubisiów.
Ewelińsze z kolei było Noddym.
![]()
Noddy
A bebo było Fifi.
![]()
Fifi
Generalnie chodziliśmy, machaliśmy, tuliliśmy, ściskaliśmy itp itd. To jest dla dzieci 4-7 (czy coś), ale tam nie było dzieci. Byli różnie nastawieni dorośli ;-). Za to my byliśmy super nastawieni. Mimo że się napociliśmy i nadźwigaliśmy, to ubawiliśmy się jak fretki i jeszcze zarobiliśmy :-).
Mała galeria
![]()
Czepek Fifi
![]()
Średniowieczny Noddy
![]()
Wesoła Ewelina w rajtuzach
![]()
Ta morda
Chyba to sobie ustawię, żeby mi się pokazywało jak Ewelina do mnie dzwoni :D.
![]()
Clifford zią
Tak, byłam w swoim żywiole. 100% wsi.
![]()
Is she in the chicken?
Kiedy "wchodziłam" do Clifforda wyglądałam jakbym właziła do wnętrza kurczaka. Albo jeszcze lepiej indyka. Na Thanksgiving.
![]()
Efekt końcowy
![]()
:-)
![]()
Pod maskami
![]()
Fifi i Clifford — przerwa
Fajnie było :-). I ostatnio Clifford kupił mi nieprzyzwoicie (jak na mnie) drogą torbę :3. *w*
Thursday, November 05 2009
Bolały mnie palce...
posted @ 03:13 in [ Karina Show ]
Więc zrobiłam sobie differential diagnosis i padło na WRASTAJĄCE PAZNOKCIE. To od zawsze były wrastające paznokcie. Kiedyś mi się babrało, ale potem mama opracowała fachową metodę obcinania i było wporzo. Tylko bebo się ze mnie śmiało, że jestem taka duża, a ciągle mama mi obcina paznokcie.
Czas jakiś temu poszłam jednak do pedikiurzystki. Fajnie było, obcięła, tzw. legionistę spiłowała, super. A potem oczywiście zaczęło mi wrastać, babrać się niemiłosiernie :[ ble bleee. To poszłam jeden stopień wyżej PRO — do pana kosmetologa (aka kosmatologa }:>), który zajmował się takimi przypadkami, i za drobną opłatą eksperymentalnie wyciął mi to co mi wrosło. Znieczulił średnio (choć teraz, miesiąc później, doskonale wiem CZEMU tego nie zrobił), bolało bo bolało, ale wyciął. Kilka tygodni potem ZNOWU BÓL, znowu ROPA, OPUCHLIZNA i takie tam. Od początku ciocia radziła mi iść do chirurga. Więc tym razem już nie szłam do żadnego kosmatologa kosmatego, tylko prosto (LOL) do lekarza pierwszego kontaktu, a potem do chirurga. Wredny, świętokrówski, wszystko z łaski, ale "za darmo" (wiem, że nie za darmo, jeno tak napisałam; zresztą z mojej kieszeni nic nie poszło ;p, co najwyżej od ust mi odjęto). Zapisałam się na za półtora tygodnia.
Czyli na dziś. I dziś poszłam. Między 14 a 17 miałam się zgłosić. Myślałam, że jak przyjdę 10 minut przed 14 to będę sprytna (i pierwsza), ale okazało się, że gdzieeetam. Już kolejka TAAAKAA, staruszki wszystko zaklepały. No to super, kto ostatni, blablabla, ja za panem. W sumie czekałam tylko godzinę, więc źle nie było. Pan chirurg ponarzekał, poinronizował i wziął się za mojego palucha. Najpierw znieczulenie. O MATKO KOCHANA co to było! Wyrecytował: "może pani poczuć nieprzyjemne ukłucie a potem nieprzyjemne uczucie rozpierania" (szkoda że przed pierwszym razem mnie tak nie ostrzegali, ha ha ha -.-, dowcip dupcia :*). Ukłucie zdzierżyłam jakoś, ale to "nieprzyjemne rozpieranie"!!!! Czułam się jakby, jakbym wypiła Skele-Gro!! Okropne uczucie. Jakby mój palec był nagle dwa do trzech razy większy niż minutę wcześniej! Potem jeszcze dwa "nieprzyjemne ukłucia", "nieprzyjemne rozpieranie" minęło albo się do niego przyzwyczaiłam i operacja pełną gębą. Obserwować nie mogłam. Nawet nie próbowałam, bo wiedziałam, że odruchowo bym cofnęła stopę. A mimo że czasami mi podskakują małe stwory, to jednak lubię swoje palce, wszystkie ;-). Po prostu sobie leżałam, nie czułam bólu, raczej odległe szarpanie, kłucie, ciągnięcie, ale nie ból. Spojrzałam tylko raz. Pod koniec operacji, kiedy już mi facet robił opatrunek — na tacce całkiem krwawo, a u mej stopy BORDOWY paznokieć. Brrr! Zawinęli, opatrzyli, sraty pierdaty, do widzenia, proszę wrócić na trzy zmiany opatrunku i papa.
I wtedy zaczął się problem. Problem z powrotem do domu. Bo ja myślałam, że będę twarda i wrócę sobie tramwajem. Przez chwilę rozważałam taksówkę, ale skąpstwo wygrało. Oczywiście plan zweryfikowałam dopiero po wyjściu z gabinetu. Po pierwsze STOPA NIE MIEŚCIŁA MI SIĘ DO BUTA (a miałam wygodne adidaski na rzepy ;[). Po drugie: jak spuszczałam nogę to mi krew leciała (co widać na załączonym blipowym obrazku). No i co? Bebo w pracy, sama nie dam rady, nikt po mnie nie przyjedzie, kasy na taksówkę brak. I wiedziałam, że mam godzinę na dotarcie do domu, bo potem zacznie mnie boleć. Już zaczynałam ryczeć. Wyszłam sobie z gabinetu, usiadłam na ławeczce i miałam minę "nadchodzący ryk", czyli taką falkę zamiast ust. I jakaś babcia do mnie zagadała...
Babcia: Co się stało? Bolało?
Karina: Nie, miałam znieczulenie.
Babcia: To co masz taką smutną minę dziewczynko?
Karina: Bo nie mam jak wrócić do domu.
Babcia: do koleżanki A ja się martwiłam, że mam cośtam na plecach, a niektórzy mają z nogami coś i nie mają jak wrócić do domu. Widzisz, Zdzisiu, jak to się spojrzy na tych co mają gorzej, jak to od razu człowiekowi lepiej?
Kochana. Pocieszyła mnie. ;/ ;/ ;/ Na szczęście wpadłam na pomysł, zadzwoniłam po Basiaka, który to po mnie przyjechał. Bo nie wiem co bym zrobiła. Chyba bym tam siedziała. Jeszcze mi komórka zaczęła siadać :[.
Dotarłam do domu szczęśliwie, zażyłam ketonal i żyję. Na początku nie chodziłam, teraz ledwo. Trochę boli. Taki rwący ból. Nawet nie wiem czy mam szwy. Muszę się zjawić tam jeszcze 3 razy w ciągu najbliższych 2 tygodni. I do piąku nigdzie nie idę, bo się nie mieszczę w żadne buty xD.
Całe popołudnie posiedziałam z nogą w górze, zaczęłam czytać "Twilighta" część 4 czyli "Breaking dawn" ("Przed świtem") jak na razie jedyna, którą czytam po polsku. Potem przyszło do mnie bebcio mnie pocieszyć. Przyniosło czpisy, które zżarło :*, mambę, którą zżarłam, krówki, które zżarli wszyscy i wodę, którą wypiliśmy. Szkoda, że tak wszystko wchłonęliśmy szybko, bo bym się chociaż tej wody teraz napiła...
Ech, ech.
Matko, mam nadzieję, że następnym razem dostanę mniejszy opatrunek. Taki, który się zmieści do buta....
O... Znowu zaczyna mnie boleć. A ketonalu nie chcę nadużywać...
Wednesday, September 30 2009
W trasie :D
posted @ 01:17 in [ Karina Show ]
Co za dzień.
Jechałyśmy z Kamilą do jej liceum starego. Trasa obczajona, wszystko super, tankujemy, na rondzie w lewo ok. Jedziemy a tam NAGLE — TRASA TORUŃSKA!!!! Zupełnie zza winkla XD. Oczywiście stres, Kamila musiała patrzeć na wszystkie strony bo swoim oczom nie wierzyłam ;p. Prędkość 80!! A i tak mnie wszyscy wymijali, jasne. Oczywiście przegapiłyśmy nasz zjazd i wylądowałyśmy gdzieś nie wiadomo gdzie. Na Bielanach chyba. W końcu jakiś zjazd był na centrum, ale zjazdy, zmiana pasa, prędkość. Brr!! Najgorsze była chyba włączenie się po zjeździe ;/. Ale dotarłyśmy w końcu na Obozową. W sumie niczego nawet źle nie zrobiłam. Ale przy prędkości 80 na godzinę tico skakało jak piłeczka na koleinach o.O.
Potem wieczorkiem jechaliśmy z Kamilą i Michałem do Piastowa do Frajerki. Na początku ok, super super, potem nagle skończyło się oświetlenie na drodze. Ale daliśmy radę. Prawdopodobnie zabiłam przydrożną mysz czy inną łasicę :( (ekspercie?). Moja pierwsza ofiara ;-). W sumie w drodze z i do Piastowa nic ostro nie sfakałam. Tylko raz facet mnie poraził (lol) długimi żebym zjechała z lewego pasa (no co, skręcałam w lewo, pusto było, mógł mnie WYminąć), ale zanim zdążyłam zjechać (a niech ma) to już mnie wyminął i chyba trąbnął. Palant ;[.
Już drugi raz coś takiego się stało. Jadę sobie JPII zawracam, wylądowałam na lewym (potem skręcałam w lewo). Za mną koleś musiał czekać aż uznam, że mogę zjechać z zawrotki na ulicę, a potem koło mnie przejechał i trąbnął. OtoMoto oblepiony. Baśka mówi, że to dlatego, że jechałam lewym pasem i wolno. W sumie koleś tego nie mógł wiedzieć bo jechał za mną z poprzecznej no kurna! Może trąbnął bo za długo się czaiłam? Wszystko jedno.
Jadę lewym pasem bo skręcam w lewo. Ograniczenie jest 50. Ja go raczej (na razie ;p) nie przekraczam, ale kurde. Ja rozumiem, że lewy pas jest dla szybszych (dlatego staram się jechać prawym lub środkowym — trębacze mnie demotywują), ale chyba nie dla łamiących zakazy???? A może i tak... W każdym razie: skręcam w lewo, będę na lewym. Nie będę jechała 90 przy ograniczeniu 50. A przecież lewym pasem muszę czasem pojechać no :(. Denerwuje mnie to i zniechęca do jeżdżenia.
A już mi idzie coraz lepiej... :).
Wednesday, September 23 2009
Przygoda, przygoda
posted @ 01:20 in [ Karina Show ]
Tak, tak. Plan był taki, że miałam z mamą i Kamą jechać do ciotki. Jak się okazało NIE DAŁO SIĘ, bo wcześniej wykazałam się była sprytem i zostawiłam tikacza na światłach włączonych więc się akumulator rozładował totalnie. Ok to dzwonimy po ojca, tikacza na pych i jedziemy. Ale nie nie... Na pych nic nie podziałało, zablokowaliśmy całą ulicę, a Kamila zszargała sobie opinię u połowy osiedla ;p. A ja się wydarłam na jakąś babę. W końcu jakiś pan się zlitował i nas podładował od siebie.
No to super. Jedziemy, jedziemy. Mama oczywiście stres :P. I co? Jakiś DEBIL przebiegał a czerwonym :/. Zatrzymałam się przed idiotą, ale już nie ruszyłam ładnie :(. Zgasł mi na środku skrzyżowania (!) i już nie chciał zapalić (!!!). Kamila wyskoczyła i pcha, ale nie zadziałało. Z pomocą przechodnia dopchała nas do zatoczki, gdzie wyglądałyśmy żałośnie, nawet nie mogłyśmy włączyć awaryjnych. Tylko trójkąt wystawiłyśmy (po chwilowych problemach z okiełznaniem tego wymyślnego narzędzia ;p — Kamila nie umiała go rozłożyć XD). Oczywiście nikt się nad nami nie zlitował i nam nie pomógł. Musiałam dzwonić do beba, które bohatersko przerwało audycję i przyjechało nam pomóc.
Potem ja z mamą poszłyśmy do ciotki a Kamila siedziała przy włączonym silniku, żeby przypadkiem nie zgasł.
Po tym wszystkim Kamila obiecała, że mi napisze karteczkę "k***a gaś światła" :[. Jejku, no jakoś przeoczyłam to i już :(.
Potem ćwiczyłam tikaczem wyjazd z worda i drogę do domu. A dzisiaj ćwiczyłam drogę do worda. W piątek wiozę Kamilę na egzamin o 7 rano (!!!!). Mam nadzieję, że dam radę. Jeszcze trzeba będzie poćwiczyć. Tragiczna sprawa — żeby gdzieś jechać muszę najpierw kilka razy trasę poćwiczyć XD.
A dzisiaj wracałam z Kamą z górki i jakiś debil przebiegał na czerwonym. A ja chcąc na niego zatrąbić ZASTUKAŁAM W SZYBĘ. Tragedia dnia :D. Kamila mi pokazuje klakson "tu, tu". Jeszcze na nikogo nie trąbnęłam, ale na kolejną osobę, która mi (mi! początkującemu kierowcy jeżdżącemu slalomem prawie!!!) wlezie pod koła jak babcię kocham zatrąbię. Zresztą to widać dopiero jak się siedzi za kierownicą, już na jazdach mi przyszła do głowy taka myśl: PIESI TO DEBILE. Lezą pod koła jak ciule. Emeryci, matki z wózkami, BABCIE Z WNUKAMI, no kurde! Wszyscy na czerwonym! Ja to jeszcze mam stracha, jeżdżę przepisowo, gdzie trzeba 50. Ale ktoś kto wali stówą i pisze smsa to się nie zatrzyma przecież. Może właśnie dlatego mnie wybierają xD. Piesi suiciderzy XD.
Nyo, poza tym dzisiaj bebo mi zakupiło breloczek do kluczyków *^^*. Jak przystało na tico, breloczek głosi Scania :D. Kekekeke. A listek i babę za kierownicą chyba z allegro kupię, bo nie wiem gdzie w Warszawie to się kupuje ;/.
